Kontakt z nami


E-mai: info@fundacjaprima.pl
Skype: fundacjaprima
Telefon: 533 034 000; 603 464 603

Shrek

Pani Redaktor:
Witajcie. Może sami się przedstawicie.
Bernard:
To jest mama, czyli Karolina, to jest córeczka, czyli Natalka, to jestem ja, czyli Bernard, a to jesteśmy my, czyli Latanowicze.
Pani Redaktor:
Został ktoś jeszcze...
Bernard:
Oczywiście, to jest ten, o którego się tu rozchodzi, czyli Shrek.
Pani Redaktor:
A Shrek jest...
Bernard:
Shrek jest to pies, którego adoptowaliśmy z Fundacji Pomocy Goldenom Aurea.
Pani Redaktor:
Ale to chyba nie jakiś tam pierwszy lepszy pies, powiedzcie coś więcej.
Bernard:
No pies jak pies... Z przodu ma pysk, w środku brzuch, pod brzuchem 4 łapy, za brzuchem ogon. A to wszystko przykryte kupą sierści. Jedzenie wchodzi przodem, a wychodzi tyłem. Pies jak pies...
Pani Redaktor:
No to może po kolei... Jakiej rasy jest Shrek?
Bernard:
Jeśli pochodzi z Fundacji Pomocy Goldenom, to z pewnością jamnikiem bym go nie nazwał.
Pani Redaktor:
No tak, to było pytanie retoryczne. Golden Retriever. Z rodowodem?
Bernard:
Rodowu nie mamy. Chyba niewiele psów ze schroniska ma rodowód w sensie papierka. Shrek ma tatuaż w uchu, dzięki czemu Fundacja dotarła do hodowcy, gdzie Shrek się urodził. Jego pełne imię to Sweet Shrek Staszel.
Pani Redaktor:
No jak na niego patrzę, to rzeczywiście jest sweet. Jeśli Fundacja dotarła do hodowcy, to dlaczego nie wrócił do właściciela?
Bernard:
Hodowca nie miał już dokumentów ani też nie pamiętał, komu sprzedał Shreka, ale dzięki temu przynajmniej znamy jego dokładną datę urodzenia. 10 października 2001 roku.
Pani Redaktor:
Hmm, no to w takim razie to nie może być jego rodowodowe imię, przecież wtedy jeszcze nikt o Shreku nie słyszał.
Bernard:
Jesteś pewna?
Pani Redaktor:
Oczywiście, przecież pamiętam, jak się śmiałam w kinie na Shreku. I to na pewno nie było 11 lat temu.
Bernard:
Premiera Shreka w Polsce odbyła się 13 lipca, a na świecie 22 kwietnia 2001 roku. I co Ty na to?
Pani Redaktor:
To już minęło 11 lat? Ale ten czas leci... To w takim razie ja mam już... Zaraz, zaraz, to znaczy, że Shrek ma już 11 lat?
Bernard:
Bez przesady. 10 i pół.
Pani Redaktor:
10 i pół? A jak długo znajduje się w Waszym domu?
Bernard:
15 maja minął rok. Dostał nawet gryzaka ode mnie z tej okazji. Jak zwykle zjedzenie go zajęło mu bardzo mało czasu...
Shrek:
Jakieś 7 minut. Ale miałem wtedy kiepski dzień.
Pani Redaktor:
On gada?
Shrek:
Zjadam, gadam, pełen serwis!
Pani Redaktor:
Chyba już to gdzieś słyszałam... Ale zaraz, zaraz. Ja tu nic nie rozumiem.
Bernard:
Czego?
Shrek:
No właśnie czego? Jak zjeść gryzaka w 7 minut? Daj mi jednego, to Ci pokażę.
Pani Redaktor:
Chwila, chwila. Po kolei. Adoptowaliście Shreka rok temu, tak?
Bernard:
Tak, 15 maja 2010 roku. Pamiętam jak dziś. Pojechaliśmy do Lindy i Łukasza do Łodzi. Zawieźliśmy im rogale marcińskie, które upiekła moja Mama. Linda pochodzi z Wielkpolski i tęskniła za nimi. Inusia, ich mała córeczka musiała chodzić z rączkami w górze, żeby trzymać jedzenie z dala od Shreka. Gdy na chwilę opuściła ręce, Shrek podszedł, bardzo delikatnie złapał rogala, po czym w dwóch kęsach go połknął. Akcja trwała ze 3 sekundy.
Pani Redaktor:
Szybki jest.
Bernard:
No właśnie tu jest problem - "szybko" to jedyne słowo, którego nie rozumie.
Shrek:
Nie że nie rozumiem, tylko motywacji mi brakuje.
Pani Redaktor:
A co Cię motywuje najbardziej?
Shrek:
Żarcie przez wielkie Ż. Przecież jak widzę, że Beny ma w ręce żarcie, to przybiegam od razu. Przybiegam!
Bernard:
Niektórzy twierdzą, że Shrek powinien nazywać się Żrek.
Shrek:
Oj tam, oj tam.
Bernard:
A jak to nazwać inaczej? Zżerasz wszystko, co znajdziesz. W domu, na ulicach, trawnikach, wszędzie!
Shrek:
Ojej. A jak ty widzisz stówę na ulicy? To podnosisz?
Bernard:
No ba! Stówa to stówa.
Shrek:
No widzisz, a mnie stówa nie rusza. Ale taka kosteczka, chlebek, wątrobianka, kiełbaska... Mmm...
Pani Redaktor:
A skąd to się bierze na trawnikach?
Bernard:
Kiedyś napisałem tabliczkę z uprzejmą prośbą, aby ludzie nie wyrzucali jedzenia. Niestety nie pomogło, a jedna pani odpisała mi nawet, że to dla innych zwierząt, np. dla ptaszków.
Shrek:
Te tabliczki złamały mi serce. Zraniłeś mnie Beny, zraniłeś wręcz na wskroś.
Pani Redaktor:
Hehe, to też już gdzieś słyszałam. Czy możemy zacząć od początku? Mam kilka pytań, ponieważ mam wrażenie, że zarówno mnie, jak i pewnie wielu naszych Czytelników zainteresuje ta historia.
Bernard:
Oczywiście.
Shrek:
Ale jak będzie mówił na mnie coś złego, to go nie słuchaj. Pamiętaj, że ja nie mam wad, a moją największą zaletą jest skromność.
Pani Redaktor:
Jak to się stało, że macie Shreka?
Bernard:
Karolina od dawna mówiła mi, że chce mieć psa. Ja miałem psy w domu, ale psy miały sporo miejsca do biegania. Sceptycznie patrzyłem na psy w blokach. Po jakimś czasie jednak zmiękłem. Usiedliśmy z Karolą, Karola zaczęła wyszukiwać strony, poprzez które można adoptopwać psy. Tak trafiliśmy na stronę Fundacji Aurea. Zabawne jest to, że po jakimś czasie Karola sądziła, że to ja jej pokazałem stronę Aurei, a ja uważałem, że to ona mi pokazała. Można więcej powiedzieć, że "tak miało być".
Pani Redaktor:
Czyli pewnego dnia postanowiliście, że chcecie mieć psa w domu...
Bernard:
Mniej więcej, chociaż to nie była decyzja podjęta jednego dnia i zdecydowanie odradzamy podejmowanie takich decyzji jednego dnia. Najpierw około tydzień się zastanawialiśmy. Omawialiśmy za i przeciw. Porozmawialiśmy z Bartkiem i Justyną, którzy wtedy z nami mieszkali, czy będą mieli coś przeciwko i czy czasami wyjdą z nim na "jednego sika", jeśli zajdzie taka potrzeba.
Pani Redaktor:
A zatem to była rozsądna decyzja?
Bernard:
Oczywiście. Pies to nie zabawka, którą kupujesz jednego dnia, a wrzucasz do kosza drugiego. Najbardziej to ja się opierałem. Karola była na tak od dawna. Ale podjęliśmy decyzję, że wypełnimy wniosek adopcyjny ze strony Aurei. Napiszemy dokładnie, jak wygląda nasz tydzień, o której wychodzimy z domu, o której wracamy. Jeśli oni zdecydują, że możemy mieć psa, to bierzemy od nich, a jeśli nie, to ani nie adptujemy, ani nie kupujemy. Po prostu zdajemy się na opinię fachowców.
Pani Redaktor:
Wygląda na to, że się zgodzili...
Bernard:
Joasia napisała nam, że takie są realia, że ludzie muszą pracować i pies musi zostać sam w domu. Oczywiście idealnie dla psa byłoby, gdyby niemal przez cały czas ktoś z nim był, ale tak się nie da w przeważającej części psich domów. Chodzi więc o to, żeby mieć dla psa czas po powrocie do domu. Żeby wyjść z nim na spacer w dzień wolny, żeby nie czuł się samotny nawet, gdy ktoś jest w domu.
Pani Redaktor:
No i jak wam się to udaje?
Bernard:
Staramy się, ale nie nam to oceniać.
Shrek:
Narzekać nie mogę, chociaż w sumie jest kilka takich rzeczy...
Pani Redaktor:
Dobra, dobra, bo znowu się rozgadacie jeden z drugim, po kolei. Każdy będzie miał swój głos. Wypełniliście wniosek i powiedzieliście, że chcecie Shreka?
Bernard:
Nie. Chcieliśmy adoptować najpierw Goldi. Suczka w podeszłym wieku, która przeszła kilka zabiegów i tak mi się jej żal zrobiło, bo pomyślałem sobie, że pewnie nikt już jej nie przygarnie.
Pani Redaktor:
Goldi też jest w podeszłym wieku. Interesuje was tylko towarzystwo geriatryczne?
Bernard:
Coś w tym jest. Jak mówiłem wcześniej, myśleliśmy z Karolą długo, bardzo długo. W chwili adopcji oboje pracowaliśmy. Karola ma pracę na 2 zmiany, więc trzeba było założyć, że nie będzie nas w domu nawet 8 godzin. Uznaliśmy, że w takim przypadku nie ma szans wychować szczeniaka tak, jakbyśmy tego chcieli. Ale bardziej baliśmy się o nasze mieszkanie, że mały psiak może je splądrować, obgryzać i drapać meble. Załatwiać się w mieszkaniu i takie tam.
Pani Redaktor:
No ale mieć pieska od małego, to super sprawa.
Bernard:
Posiadanie psa to super sprawa. Zasikane mieszkanie nieco mniej super.
Pani Redaktor:
No ale jak to? Napisaliście we wniosku, że macie wymagania wobec psa? Że nie może sikać w domu? Może jeszcze miał podawać łapę na komendę i robić inne sztuczki, żebyście mogli popisywać się przed znajomymi.
Bernard:
Absolutnie nie. Nic nie rozumiesz. Nawet nam coś takiego nie przeszło przez myśl. Po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, że wnioski z takimi wymogami wpływają do Fundacji, ale uważam, że trzeba być fajnym inaczej, żeby kierować się takimi kryteriami podczas adopcji psa.
Pani Redaktor:
No to wytłumacz po kolei mnie i naszym Czytelnikom, jaki jest przepis na adopcję psa.
Bernard:
Nie ma żadnego przepisu. Trzeba być szczerym, a chęć pomocy musi iść w parze z możliwościami i trybem życia, który choć trochę na to pozwala. Należy dostosować psa do siebie, a później siebie do psa. Wiedzieliśmy, że nie jesteśmy w stanie poświęcić szczeniakowi tyle czasu, ile on tego wymaga. Mogliśmy poczekać na ciążę Karoli, bo planowaliśmy w bliżej nieokreślonej przyszłości dzieci. Kiedy byłaby w ciąży, to z racji wykonywanej pracy byłaby w domu. Ale problem pojawiłby się pod koniec ciąży i zaraz po narodzinach. Goldeny, jak i labradory, to całkiem zabawne psy, ale równie silne. Można rzec, że nie zdają sobie sprawy ze swojej siły. Pytanie brzmiało: jak Karola poradzi sobie z wielkim brzuchem, a później wózkiem i psem, który ciągnie jak oszalały. Mieliśmy przedsmak tego pewnego razu nad jeziorem. Wzięliśmy na krótki spacer jednego labradora, którego rodzice służyli w WOPRze. Wiadomo, że ta rasa lubi wodę, ale ten był dosłownie wściekły, gdy widział jezioro. Nie jestem Pudzianem, ale Ibiszem też nie, więc trochę siły mam. Wyobraź sobie, że tego psa było mi naprawdę ciężko utrzymać. Nie wyobrażaliśmy sobie, jak Karola pójdzie na spacer z takim psem.
Pani Redaktor:
No ale to jest uzasadnienie, dlaczego nie chcieliście młodego psa. Ja pytałam, dlaczego celowo wzieliście starszego?
Bernard:
Właśnie dlatego. Druga sprawa, która chodziła nam po głowie, to fakt, że te starsze psy, nie wiadomo dlaczego, przez długi czas pozostają pod opieką Fundacji, nie mogąc znaleźć nowego domu. Trzecia sprawa. Z powodu naszych planów powiększenia rodziny, nie mogliśmy brać pod uwagę psów z najmniejszymi przejawami agresji, tzw. trudnych psów, które wymagały ułożenia. Jedno, co wiedzieliśmy na pewno to to, że nasz nowy współlokator musi być przyjazny. Ciężko o spokojniejszego psa niż dorosły. Postanowiliśmy zatem adoptować starszego psa.
Pani Redaktor:
A czy nie boicie się tego, że Shrek może niedługo od as odejść? Że przywiążecie się do niego, a później rozstanie będzie takie ciężkie? A jak wytłumaczycie małemu dziecku, że Shrekusia już nie ma i nie będzie? Narażać małe dziecko na taki stres...
Bernard:
Wyobraź sobie taką sytuację albo wspomnij, bo może to przeżyłaś. Wyjeżdżasz na wakacje, tam poznajesz przystonjnego bruneta, dosłownie jak ze Słonecznego patrolu. Przeżywasz wspaniałe chwile z tym facetem. Ale na koniec wakacji musicie się rozstać? Czy żałujesz, że go spotkałaś?
Pani Redaktor:
Oj to prawda, przeżyłam wakacyjną miłość. To było na wakacjach w liceum. Dużo czasu minęło, a ja pamiętam wszystko ze szczegółami, jakby to było zeszłego lata. Czy żałuję? Zdecydowanie nie. A gdybym mogła cofnąć czas, przeżyłabym to jeszcze raz, niczego nie zmieniając.
Bernard:
Mam coś jeszcze dodać?
Pani Redaktor:
Rozumiem do czego zmierzasz...
Bernard:
A jak wytłumaczyć Natalce odejście Shreka? Jeszcze przyjdzie na to czas. Na razie o tym nie myślimy, jednak uważamy z Karolą, że bezstresowe wychowanie, to jakaś bajka. Dziecko musi przeżywać stres w rozsądnych ilościach, aby nauczać się go zwalczać. Inaczej może mieć problem w dorosłym życiu.
Pani Redaktor:
Mieszkacie na 3 piętrze. Nie baliście, że będziecie musieli wnosić psa na 3 piętro. W końcu on waży 36 kg.
Bernard:
Oczywiście, że się baliśmy, nawet później zostaliśmy o to zapytani. Odpowiedź jest prosta. Młode psy nie są specjalnie usłuchane. Jeśli ktoś mieszka na wsi, to nie ma wielkiego problemu. W mieście, przy ulicy, gdzie samochody jeżdżą dość szybko, istnieje spore ryzyko, że pies wybiegnie na ulicę i zostanie potrącony przez samochód. Jeszcze pozostaje sprawa dysplazji. I problem wnoszenia psa po schodach staje się całkiem realny.
Pani Redaktor:
No przecież te argumenty dotyczą również starego psa.
Bernard:
Nieprawda, jakbyś wybrała się na spacer ze Shrekiem, to wiedziałabyś, że ryzyko samowolnego oddalenia się jest znikome, bo Shrek woli się położyć i zjeść patyk niż biegać jak innego młokosy.
Shrek:
Bo one wszystkie jakieś dziwne są... Biegać dookoła i gonić się wzajemnie, podgryzać, zabierać sobie patyki czy piłki... Po co? Lepiej posiedzieć przed Panią Kasią i poszczekać, to się zawsze opłaca...
Pani Redaktor:
Pani Kasia?
Bernard:
Matka Kasia z Cytadeli. Dojdziemy i do niej. A jeśli chodzi o dysplazję, to dotyczy to przede wszystkim młodych psów. U starszych istnieje ryzyko przede wszystkim zwyrodnienia stawów. Ale jak widać, ryzyko leży zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie. Mogą też wystąpić inne choroby w wieku podeszłym oraz wypadki i choroby w młodym wieku. Na jedno babka wróżyła.
Pani Redaktor:
No właśnie, w dokumentach Shreka ze schroniska było napisane, że został oddany z powodu choroby.
Bernard:
Tak, ale zauważ, że my jeszcze wtedy w ogóle nie myśleliśmy o Shreku. Skupiliśmy swoją uwagę na Goldi, której naprawdę chcieliśmy pomóc, bo patrząc na jej zdjęcia, od razu wiedziałem, że ona na to zasługuje, pomimo że coś tam jej może dolegać, a nie musi.
Pani Redaktor:
Zgadza się, teraz rozumiem. I postanowiliście zaryzykować?
Bernard:
Warren Buffet powiedział: ryzykuje ten, kto nie wie, co robi. My zdawaliśmy sobie sprawę od początku do końca, co robimy. Decyzję podejmowaliśmy na tyle długo, aby przemyśleć wiele rzeczy. Najbardziej chodziło nam o udzielenie pomocy najbardziej potrzebującym.
Pani Redaktor:
A nie baliście się, że stary pies może się nie przywiązać do was, że już nie uzna was jako swoich nowych właścicieli? Przecież taki stary pies ma już swoje nawyki i przyzwyczajenia.
Shrek:
Właśnie przez takie mylne przeświadczenie panujące wśród was, ludzi, my musimy czekać na kogoś, kogo będziemy mogli obdarować swoim oddaniem i często doczekać się nie możemy.
Bernard:
Shrek, cicho, teraz ja mówię.
Shrek:
Bla bla bla, będę mówił, jak, co i kiedy mi się podoba.
Bernard:
Masz smaka i siedź cicho.
Shrek:
Ty to potrafisz przekonać...
Bernard:
Gdzie ja byłem? No tak, Goldi. Chcieliśmy pomóc Goldi, która, nawiasem mówiąc, nadal jest pod opieką Fundacji. Decyzja Fundacji była jednak inna. Zgodnie z ich regulaminem adopcyjnym Fundacja mogła zaproponować nam innego psa. I tak właśnie zrobili. Po przeanalizowaniu naszego wniosku adopcyjnego, w którym opisaliśmy siebie, uznali, że najlepiej będzie, jeśli weźmiemy Shreka. Zgodziliśmy się, ponieważ zgłosiliśmy się do nich z chęcią udzielenia pomocy, a nie żeby stawiać jakieś warunki. Oni zresztą sami znają psy, które są pod ich opieką i lepiej od nas wiedzą, co będzie lepsze dla nas, a przede wszystkich dla tych psów.
Pani Redaktor:
A co z jego nawykami?
Bernard:
Jego jedynym nawykiem jest spanie w domu. Można rzec, że nie jest specjalnie uciążliwe. Czasami tylko musimy go przesunąć, jak się uwali na środku pokoju czy kuchni. Ale jemu to chyba nie przeszkadza, bo nawet łba nie raczy podnieść. Ale jak mu powiemy: Shrek, przesuń się, to z wielką łaską, ale wstanie i pójdzie w inne miejsce. Jeśli chodzi o nawyki, to my bardziej baliśmy się o to, że młode psy tych nawyków nie mają i trzeba ich tego nauczyć. Po roku czasu wiem, że starszy pies był strzałem w dzięsiątkę. Teraz wiem, jakie błędy wychowawcze popełniłbym ze szczeniakem. Doświadczenie jest to coś, co zyskujesz zaraz po tym, kiedy go potrzebowałeś. Dzięki Shrekowi koszt nauki był znikomy. Szczerze mogę polecić starszego psa mniej doświadczonym w wychowywaniu goldenów.
Pani Redaktor:
A czy długo trwało, zanim Shrek się związał?
Bernard:
Tak naprawdę ciężko powiedzieć. Piszczał lekko i był niespokojny przez pierwszą połowę pierwszej nocy. Powedziałem mu: Shrek, idź spać. I poszedł. Od tamtego czasu był spokój. Na początku za bardzo nie chciał jeść karmy, ale szybko doszedłem do wniosku, że ta karma mu nie smakowała. Nie mieliśmy problemów z ucieczkami, zawsze przychodził na zawołanie, chyba że coś znalazł na trawniku, wtedy przychodził dopiero, jak zjadł. Mogę powiedzieć, że po ok. 2 miesiącach, kiedy zauważyliśmy znaczną poprawę w jego zachowaniu, wyjechaliśmy na zaplanowane wakacje. Oczywiście o tych wakacjach informowaliśmy podczas adopcji, ponieważ nie byliśmy pewni, czy będziemy mogli go wziąć ze sobą. Shrek został z Bartkiem i Justyną. Biedaczek chyba tęsknił, my zresztą też. Spał obok naszego łóżka, jak zawsze robi. A jak wróciliśmy, to się tak ucieszył, że już wtedy byliśmy przekoani w 100%, że jest nasz. A teraz? Jeśli czasami wyjdę, a on jest zajęty np. jedzeniem i się z nim nie pożegnam, to Karola widzi, jak biedaczek chodzi po pokojach i mnie szuka. A jak wracam, to przychodzi i nadstawia się do czochrania. Nawet butów nie mogę zdjąć, bo trąca mi ręce swoją wielką głową.
Pani Redaktor:
A co z tymi chorobami Shreka, przez które trafił do schroniska?
Bernard:
A kto powiedział, że Shrek trafił do schroniska, bo był chory. W dokumentach było napisane: "Oddany z powodu choroby". Koniec, kropka. Nie wiadomo, czy chory był pies, czy pan. Wiele osób nas pyta, kto mógł oddać takiego wspaniałego psa do schroniska.
Shrek:
Ja tego nie rozumiem. Dlaczego wszyscy litują się nade mną? Pomyślcie chociaż raz o moim byłym panu. 9 lat mieszkaliśmy razem. Nie dość, że sytuacja go zmusiła do rozstania ze mną, to jeszcze samo rozstanie musiało być dla niego naprawdę trudne. Nie osądzajcie go. Znam go. Gdyby nie musiał, to by tego nie zrobił. Nikt by mnie oddał, nawet po tygodniu znajomości. Spójrzcie na mnie. Trafiłem do nowego domu, w którym czuję się bardzo dobrze. Jestem piękny, powabny, sierść idealnego koloru biszkoptowego, smukła talia... A co z nim dzieje? Pomyślał ktoś o tym chociaż raz?
Bernard:
Masz smukłą talię, bo ci wyjmuję żarcie z pyska, które znajdziesz na trawniku. Poza tym, miałeś się nie odzywać...
Shrek:
Za takiego jednego małego smaka?
Bernard:
Masz i zajmij się sobą.
Shrek:
Obejdę się smakiem.
Bernard:
Prawie dobrze to powiedziałeś... Często myślę o tym samym. Nie wiem, co musiałoby nas zmusić do decyzji o jego oddaniu. I nie wiem, co dzieje się z poprzednim właścicielem Shreka.
Shrek:
Jeśli czyta to ktoś z jego znajomych, przekażcie mu, proszę, że mam się dobrze. Niech się o mnie nie martwi, bo niczego mi nie brakuje.
Pani Redaktor:
Planowaliście dziecko. Nie baliście się o alergię?
Bernard:
No bez przesady. Przecież nie oddamy dziecka z powodu z alergii.
Pani Redaktor:
Chodziło mi o Shreka...
Bernard:
Liczyliśmy na to, że Shrek nie będzie uczulony na nasze dziecko. Od jakiegoś czasu ma zafajdane ucho, ale nie łączymy tego z alergią na Natalię.
Pani Redaktor:
A tak na serio?
Bernard:
To było na serio. Poza tym, oboje z Karolą uważamy, że alergie wiążą się z przesadną sterylnością. Wszechobecnymi lekami, witaminkami, suplementami diety itp. Karola jest chemikiem i farmaceutą. Potrafi coś powiedzieć na ten temat z naukowego punktu widzenia, a ja z czystego przekonania. Naturalną szczepionką jest stopniowe przyzwyczajanie dziecka do danego alergenu. Cejrowski opisywał zabójcze dla przeciętnego turysty mrówki w Amazonii, a dla Indian tylko bolesne, bo od dziecka matki biorą co jakiś czas jedną mrówkę i zmuszają ją do ugryzienia dziecka w pupę. Od czasu do czasu wyjmujemy jej z buzi Shrekowy kłak. Shrek, jak ma ochotę, to ją obwąchuje. W ten sposób zaprzyjaźniamy ich ze sobą i wierzymy, że będą się lubić.
Pani Redaktor:
Czyli Shrek jest zdrowy?
Bernard:
Shrek ma problemy z tarczycą, co wśród dużych psów, a u Goldenów szczególnie, jest często spotykane. Shrek dostaje zabójczą dla człowieka dawkę. Kupujemy odpowiedniki ludzkie leków weterynaryjnych. Jak powiedziałem, Karola jest farmaceutką i uznała, że tak będzie dla nas taniej, a dla Sreka bez różnicy. Od czasu do czasu ma problemy z lewym uchem. Zapytaj jakiegokolwiek goldeniarza, czy jego pies nie miał problemów z uszami.
Shrek:
A ty, bandyto jeden ostatnio codziennie mnie torturujesz tymi swoimi patyczkami. Do animalsów cię podam!
Bernard:
Takie zalecenia weta. Jak po każdym patyczku dostajesz Frolica, to nie wyglądasz na zmartwionego tym zabiegiem.
Shrek:
To fakt. Frolici powodują, że jakoś przestaję być pamiętliwy.
Pani Redaktor:
Czy Shrek boi się chodzić do weta?
Shrek:
Uwielbiam. Zawsze przy ladzie dostaję coś do żarcia. Wystarczy tylko ładnie poprosić. Ludzie to są proste istoty. Pokaż im prostą sztuczkę, a od razu się zachwycają i częstują, co mają pod ręką.
Pani Redaktor:
Czyli poza codziennym dodawaniem tabletek do karmy, sporadyczne wizyty u weta. A droga taka przyjemność?
Bernard:
Tabletki to koszt ok. 30 zł miesięcznie, wizyty u weta w zależności, co się dzieje, ale mina Shreka przy naszym łóżku o poranku - bezcenna.
Pani Redaktor:
Shrekuś, a powiedz, jakie ty masz swoje "starcze" przyzwyczajenia?
Shrek:
Rano wstaję, jak Beny i Karola wstaną. Czasami, jak ich usłyszę rozmawiających w łóżku, to podejdę i nadstawię łeb do głaskania. Czasami zdarza się, że Beniu wychodzi wcześniej do pracy, a Karola śpi nieco dłużej, więc mam fajnie, bo nie każe mi się zrywać z rana, że mam iść z nią na spacer?
Pani Redaktor:
Ty z nią? To nie prosisz się o spacery każdego poranka?
Shrek:
Nie muszę. Oni zawsze pamiętają, więc zabieram się z nimi. A czy to jest 7 czy 11 rano, to nie robi mi to wielkiej różnicy. W ciągu dnia i wieczorami tak samo. Ja sobie śpię, oni mnie wołają, że idziemy na spacer, to idziemy. A jak mnie nie wołają, to śpię dalej.
Pani Redaktor:
No to fajnie, bo mój piesek, to codziennie o 7:30 zaczyna drapać w drzwi...
Shrek:
No widzisz. Mnie ewolucja do tego stworzyła. Żołądek się kurczy i wtedy jest więcej mniejsca na pęcherz.
Pani Redaktor:
A jak będziesz chciał się najeść w takiej chwili.
Shrek:
Na jedzenie zawsze miejsce się znajdzie...
Pani Redaktor:
A co na tych spacerach?
Shrek:
Ogólnie jest fajnie. Zależy, z kim idę. Jak Karola ze mną chodzi, to udaje mi się skubnąć, co tam się napatoczy pod pysk. Czasami jednak zakłada mi kaganiec. Wtedy nie pozostaje mi nic innego. Kładę się przed znaleziskiem i się modlę. Może jakimś cudem przeniknie do mojego pyska.
Pani Redaktor:
A z Beniem.?
Shrek:
No tu jest pies pogrzebany. Jak on to robi, że on wszystko widzi? To jest dosłownie permanentna inwigilacja! Ja się staram, jak mogę. Odwracam się do niego tyłem, spieszę się z połykaniem, praktycznie połykam bez gryzienia, a on i tak mi wszystko z pyska wyjmie. Jak ty to robisz człowieku?
Pani Redaktor:
No właśnie, jak ty to robisz?
Bernard:
Po roku czasu wiem, kiedy będzie sikał, kiedy mam szykować worek, a kiedy szuka żarcia w trawie. Na początku było ciężko, zżerał wszystko...
Shrek:
Ciężko? Było cudownie!
Bernard:
Bez komentarza... Później opracowałem technikę wyciągania jedzenia praktycznie bez użycia siły i teraz wystarczy jedno moje spojrzenie, a Shrek obchodzi żarcie z daleka.
Shrek:
To fakt. Jak go widzę, to zaczynam przeliczać. Czy to, co widzę przed sobą, pochłonę szybciej, niż on do mnie dobiegnie. Czasami się przeliczę i wtedy lepiej jest wypluć, gdy jest 2 kroki przede mną. Wtedy dostaję od niego dużą pochwałę. Ale mogę to teraz otwarcie powiedzieć. Wiesz, gdzie ja mam twoją pochwałę?
Bernard:
Jak mam smaki przy sobie, to ci daję.
Shrek:
Zamiast dawać mi smaki, daj mi święty spokój i udaj, że tego nie widzisz. W końcu czego oczy (pana) nie widzą, tego sercu (psa) nie żal...
Bernard:
A później będziesz robił miękkie i rzadkie kupy...
Shrek:
A propos tych kup! Stary, czy ty zdajesz sobie sprawę, ile ja się czasami muszę nachodzić, żeby znaleźć idealne miejsce na mój stolec? Czy ty myślisz, że to taka łatwa sprawa. Chodzę, wącham, krążę, zastanawiam się. Czasami już mam robić, ale jednak decyduję się, że to nie to miejsce, że znajdę inne, gdzie trawa jest bardziej zielona, a słońce świeci bardziej. W końcu decyzja zapada. Ulga dla duszy i ciała. A ty co? Pach, pach, woreczek, cyk i kupy nie ma! Człowieku, to ma tam zostać. Dla innych psów i potomności!
Bernard:
Miękkie kupy często idą w parze z puszczaniem bąków w mieszkaniu. Czasami siedzimy ze znajomymi i nagle Shrek robi się taki gościnny, jakby chciał im dać do zrozumienia, że czas już do domu. A raz, jak w nocy Natalka zaczęła bardzo głośno płakać? Ona normalnie nie płacze. A wtedy normalnie się darła. Ja się obudziłem, wystarczył jeden zwykły oddech i powiedziałem do Karoli: nie dziwię się, że tak ryczy, aż szczypie w oczy!
Shrek:
Ojej, a twoje bąki pachną fiołkami.
Bernard:
Nie, bratkami i różami... Poza tym, nie narzekaj, że taka krzywda ci się dzieje, jak ze mną idziesz na spacer.
Shrek:
Oj nie... Trzeba przyznać. Nikt tak nie czochra jak Beny. Zna się na rzeczy. Nie ma bata.
Pani Redaktor:
Jednym słowem lubicie się razem bawić?
Shrek:
No jasne. Z nikim innym nie mogę się tak turlać i siłować.
Bernard:
Czasami jest śmiesznie i wesoło.
Pani Redaktor:
A jak Shrek zachowuje się w domu?
Bernard:
Przychodzi ze spaceru, oddaje nam smycz...
Pani Redaktor:
Jaką smycz?
Bernard:
Shrek prowadzi AleksaNo swoją smycz, którą niesie za każdym razem, jak wracamy ze spacerów. Sam się domaga, więc mu dajemy. Ale się wycwaniła bestia jedna. Karola kilka razy dała mu w nagrodę smaka po przyjściu do domu. Teraz nie ma szans, żeby oddał smycz bez smaka. Trzyma tak długo i zanosi nawet do kuchni. Odda dopiero, gdy zobaczy w drugiej dłoni żarcie.
Shrek:
Się wie... Jakoś trzeba sobie radzić.
Bernard:
Po przyjściu idzie się napić. A później zazwyczaj kładzie się i śpi. Przemieszcza się tylko, jak my się przemieszczamy. Jeśli jesteśmy w pokoju, to śpi w pokoju. Jeśli jesteśmy w kuchni, to idzie do kuchni. Jeśli pracuję na komputerze, to leży obok mojego krzesła. Na tyle blisko, że muszę uważać, żeby go nie przejechać kółkami od krzesła. Czasami podnosi się, przychodzi i trąca rękę głową, żeby go głaskać. Czasami przyniesie maskotkę, żeby mu rzucić, ale tu znowu pojawia się kwestia żarcia. Shrek zazwyczaj nie oddaje maskotki za darmo.
Shrek:
Się wie... Jakoś trzeba sobie radzić.
Pani Redaktor:
Shrek aportuje w tym wieku?
Bernard:
Oczywiście, ale jest nieco mądrzejszy niż jego młodsi koledzy. Zamiast biegiem latać po piłkę, to idzie sobie spacerkiem jak gdyby nigdy nic.
Shrek:
A czy dostanę większego smaka za czas? Nie! Więc po co mam się spieszyć? Szczęśliwi czasu nie mierzą.
Pani Redaktor:
Niemożliwe. I Shrek te wszystkie sztuczki umiał, jak do Was przyszedł?
Bernard:
Niektóre, innych sami go nauczyliśmy.
Pani Redaktor:
Nauczyliście? To starego psa można jeszcze czegoś nauczyć?
Shrek:
A dlaczego by nie? Ja jestem stary, a nie głupi.
Bernard:
Braliśmy ze Shrekiem udział w WOŚP. Bardzo fajna akcja goldeniarzy i goldenów, o której można przeczytać tutaj. Ponad 20 goldenów pokazało, jakie są usłuchane. Shrek również dał radę, a był najstarszym wolontariuszem. Nauczyłem go też przynoszenia papci.
Pani Redaktor:
Papci? Jak to zrobiłeś?
Bernard:
Wszyscy mnie o to pytają, a przepis był bardzo łatwy. Kiedyś w domu wpadłem na pewien pomysł. Zawsze mówię Shrekowi: przynieś piłkę, przynieś wiewiórę. Po prostu nazywam rzeczy po imieniu. Rzuciłem mu 2 razy papcia i powiedziałem: przynieś papcia. Za trzecim razem odłożyłem papcie tam, gdzie je zwykle zostawiam i powiedziałem, żeby przyniósł. Jak przyniósł jednego, dostał smaka, to powiedziałem, że ma przynieść drugiego, przyniósł i również dostał smaka. Zresztą obejrzyjcie sami.
Pani Redaktor:
Niemożliwe.
Shrek:
A jednak. W taki łatwy sposób można zarobić 2 smaki. To nie takie trudne. Pomyśl sobie. Dla nas, psów smaki są tym, czy dla was, ludzi kasa. Gdybym powiedział ci, przynieś papcia, to dam ci stówę. A za drugiego papcia drugą stówę. Przyniosłabyś?
Pani Redaktor:
Oczywiście, chociaż pewnie pomyślałabym, że z chyba ci brakuje którejś klepki, żeby taką kasę za tak banalnie proste czynności rozdawać...
Shrek:
No i właśnie znalazłaś mapę do naszego małego i nieskomplikowanego móżdżka.
Pani Redaktor:
Shrek, a jak odnosisz się do nowej osóbki w Waszym życiu, Natalki?
Shrek:
Shrek i NatalkaGeneralnie nie wiem, o co tej małej chodzi. Podchodzę do niej, a ona jakby mnie nie widziała. Nie głaszcze mnie. Nie drapie mnie. Ona nawet nie ma żarcia w rękach i jeszcze jej nie widziałem, żeby cokolwiek jadła. Przytula się przez jakąś godzinę do Karoli i później idzie dalej spać. Ja też lubię spać i lubię się także przytulać. Ale w życiu liczy się jeszcze coś - żarcie. Poza tym, jak ona mnie ignoruje, to ja ją też. Pogadamy, jak będzie mogła coś zaoferować od siebie. Słyszałem z zaufanego źródła, że niedługo zacznie zajadać się chrupkami kukurydzianymi.
Pani Redaktor:
Wygląda na to, że tworzycie całkiem zgraną parę...
Bernard:
Pawełek zawsze nas przedstawia jako: Shrek i Osioł...
Pani Redaktor:
A razem jesteście chyba całkiem fajną rodzinką.
Bernard:
Gdy decydowaliśmy się na adopcję psa, wszyscy, dosłownie wszycy nam to odradzali. Mówili, że to taki ciężar, obowiązek. Czy zdajemy sobie sprawę z tego, co robimy. Podejrzewali, że mamy jakieś zachcianki i będziemy tego szybko żałować. Teraz nie ma osoby, która by tak twierdziła. Wszyscy powtarzają: "ale ten Shrek wam się udał". Trzy miesiące po adopcji Shreka okazało się, że rodzinka się powiększy i teraz wszyscy powtarzają: "ale ta Natalka wam się udała". Gdyby ktoś mnie zapytał, co to jest szczęście, to po prostu musiałbym się z nim zamienić chociaż na jeden dzień. Wtedy zrozumiałby, bo słowami opisać się tego nie da.